Kiedy na urlopie oskarżają nas o kradzież…

Podróże to nie tylko piękne miejsca, niesamowite widoki czy nowo poznani ludzie. Zdarzają się mniej przyjemne sytuacje, które według nas stają się niejako próbą cierpliwości, czystego umysłu i opanowania. My taką właśnie próbę przeszliśmy na Malcie.

Trzeciego dnia urlopu postanowiliśmy objechać południową część Malty. Na naszej tapecie pojawiły się takie atrakcje jak Blue Grotto czy klify Dingli. Jadąc autobusem zauważyliśmy jakąś kamienną budowlę, do której chcieliśmy się dostać, aby sprawdzić co to za miejsce. Wiecie jak to jest… Czasem człowiek coś zobaczy i zżera go ciekawość. Ponieważ w czasie podróży taka właśnie ciekawość nigdy nas nie zawiodła, liczyliśmy że owo miejsce usytuowane na naszym horyzoncie będzie malownicze i z klimatem.

Autobus, którym jechaliśmy kierował się w zupełnie innym kierunku, dlatego zapadła bardzo szybka decyzja – przesiadamy się. Znaleźliśmy przystanek, dowiedzieliśmy się, który dokładnie autobus pozwoli nam przybliżyć się do obranego celu. Stwierdziliśmy jednak, że czekanie 20 minut w słońcu jest bezsensowne i że w tym samym czasie dojdziemy do kolejnego przystanku zacienionymi uliczkami. Przy okazji mieliśmy możliwość zobaczyć Maltę od tej nieturystycznej strony.

Okazało się jednak, że drugi przystanek również znajdował się na tzw. „plackarni”. Jedyny cień dawał skręcający w lewo mur. Tam postanowiliśmy się udać, co chwilę wyglądając czy w naszym kierunku nie jedzie autobus.

Kilka minut później podjeżdża mężczyzna w wypasionym, czerwonym Mustangu. Zatrzymuje się obok nas i pyta, co my tutaj robimy. Grzecznie odpowiadamy, że czekamy na autobus. Po czym tajemniczy mężczyzna odpowiada nam, że tędy żaden autobus już nie jeździ. Pomyśleliśmy sobie, że to bardzo miło z jego strony. Zaoszczędzimy sobie stanie w tym skwarze. Po chwili postanowiliśmy wrócić tą samą drogą na poprzedni przystanek, z którego niedługo miał jechać ten sam autobus. Przyśpieszyliśmy kroku, żeby się na niego nie spóźnić.

Byliśmy jakieś 300 metrów od celu, a tu zza naszych pleców woła nas ten sam mężczyzna. Mówi, że zgubił klucze do mieszkania oraz pieniądze i uważa, że to MY je ukradliśmy. Początkowo był bardzo spokojny. Podszedł do nas bliżej pokazując swój dowód osobisty. Powiedział nam, że chce przeszukać nasz plecak.

Adam zareagował bardzo gniewnie, ponieważ facet nie miał żadnego prawa zaglądać do naszych rzeczy osobistych. Druga sprawa, nie wiedzieliśmy czy mężczyzna czasem nas nie testuje i nie chce zobaczyć, czy nie posiadamy jakiś wartościowych rzeczy. Atmosfera się zagęszczała. Dwóch napompowanych testosteronem facetów, a pomiędzy nimi Sonia 🙂 Bosko!

Pokazaliśmy mu nasz bałagan w plecaku (mieliśmy różne papierki, foliówki, bo nie minęliśmy żadnego kosza na śmieci, więc wszystko chowaliśmy do plecaka), ale nie pozwoliliśmy mu włożyć rąk do niego. Wiecie jak to jest z magikami? Wszyscy wiedzą, że to sztuczka i zwinność rąk, ale jakimś cudem rzeczy znikają. Woleliśmy tego uniknąć.

Powstrzymując emocje powiedzieliśmy, że nie jesteśmy ludźmi, których szuka i pozostawiliśmy go na moście. Znów kierowaliśmy się na przystanek.

Kiedy tam dotarliśmy podjechało czarne BMW, z którego tym razem wysiadł najpierw nieznany nam kierowca, a po chwili mężczyzna, którego myśleliśmy, że się pozbyliśmy. No i zaczęło się!

Na przystanku mnóstwo gapiów. Zostaliśmy poinformowani, że nigdzie się stąd nie ruszymy. Mężczyzna był przekonany, że to my posiadamy jego rzeczy oraz pieniądze i nie pozwolił nam odjechać autobusem. Podkreślał jednak, że jeśli się myli, to zawiezie nas tam gdzie chcemy w ramach rekompensaty. Deklaracja z jego ust padła (nie przesadzając) dobre kilkanaście razy. Policja została przez niego wezwana.

W międzyczasie kilka razy informowaliśmy naszego oskarżyciela, że lepiej, aby szukał właściwej osoby, bo ona właśnie ucieka, a tymczasem on siedzi z nami. Uparł się. Stwierdził, że to my i kropka. Jednak nie samo oskarżenie i czekanie było tu najgorsze.

Wyobraźcie sobie sytuację, w której siedzicie, a wokół was zbiera się spora grupka gapiów. To że się patrzą można jeszcze przeżyć, ale obelgi, jakie leciały w naszą stronę w języku angielskim, wyprowadzały nas z równowagi. Wiedzieliśmy jednak, że jedna ze stron musi pokazać klasę, aby tej drugiej później poszło w pięty. Postanowiliśmy nie reagować słownie na zaczepki. Naszą jedyną odpowiedzą był złośliwy i szyderczy uśmieszek.

Z czasem pojawiły się dwa radiowozy policji. Trzeba przyznać, obstawę mieliśmy niezłą. Może uważali, że któreś z nas będzie chciało uciekać? Serio, nie mamy bladego pojęcia, po co tylu policjantów przyjechało.

Z policją z chęcią współpracowaliśmy. Panowie nie wkładali rąk do naszych rzeczy, prosili wyłącznie, aby odpowiednie schowki i kieszenie rozchylić. A jeśli jakieś pominęli to prosiliśmy, żeby poczekali, bo tu są jeszcze dwie przegrody, których nie zauważyli. Nie mieliśmy żadnych tajemnic. Poproszono nas także, abyśmy pokazali kieszenie od spodni. W nich znajdował się nas cały majątek przeznaczony na ten dzień: 20 euro i chusteczki higieniczne. Bida z nyndzą 🙂

Przedstawiliśmy również naszą wersję zdarzeń. Co się okazało? No cóż, nasz oskarżyciel złodzieja nie złapał, a dodatkowo otrzymał słowny ochrzan od policjantów, którzy uświadomili go, że turyści chodzą gdzie i jak chcą – są w końcu są turystami. Jedynym argumentem Pana, który nas zatrzymał był fakt, że znajdowaliśmy się blisko jego domu i chowaliśmy się pod murem, jak przestępcy. Cóż… My do tej pory nie wiemy, gdzie nasz „przyjaciel” mieszka, więc znaleźliśmy się po prostu w nieodpowiednim miejscu, o jeszcze bardziej nieodpowiedniej porze.

Sytuacja zakończyła się w ten sposób, że uciekł nam ostatni autobus. Nasz oskarżyciel odjechał jakimś białym rozklekotanym samochodem, nie przepraszając i nie wypełniając składanej kilkanaście razy obietnicy. Jak się pojawił, tak znikł.

Jeśli chodzi o policjantów, to tu trzeba powiedzieć, że zachowali się z pełną klasą. To oni przepraszali, to również oni (jako pierwsi) stanęli po naszej stronie. Nie oskarżali, a dociekali. Pod tym względem naprawdę nie mamy im nic do zarzucenia.

Jak z pewnością się domyślacie, nie udało nam się dojechać do miejsca, do którego chcieliśmy się udać. W trakcie pobytu na Malcie postanowiliśmy w ogóle unikać tego miejsca (okolice Nadur), więc naszym celem stało się wydostać z tej okolicy.

Samo zdarzenie było dla nas naprawdę niezłym testem, który pokazał również, że za podróżniczymi wyprawami kryją się też sytuacje mocno niekomfortowe. Jedno jest pewne. Wyszliśmy z tego z grubszą skórą.

BTW, później okazało się, że autobus jeździ tą ulicą, na której pierwszy raz spotkaliśmy tajemniczego mężczyznę. A po całej sytuacji, wracając do naszego noclegu, zaczęliśmy się śmiać. Bo jak nie przypadkowy udział w ataku separatystów na Odessę, jak nie nocleg w dzielnicy terrorystów w Brukseli, to oskarżenie o kradzież 🙂 Jakoś nas to nie dziwi. Ba! Jesteśmy bardzo ciekawi, co przydarzy nam się w kolejnej podróży? 🙂

Comments

comments