Jarząbkowe zwiedzanie Pragi

Jarząbkowe zwiedzanie Pragi

Na wstępie tego wpisu musimy uświadomić każdego czytelnika, że nie jest to tekst o czeskiej Pradze. To tekst o zwiedzaniu Jarząbków, komunikacji werbalno-niewerbalnej i wrażeniach, które towarzyszyły nam w trakcie wycieczki po czeskiej stolicy. Zatem, Praga pojawia się tu jako tło. Jeśli jednak czytać będziecie uważnie, znajdziecie kilka ukrytych smaczków historycznych, których w przewodniku szukanie nic nie da. Bon appetit! Częstuje cię i inspirujcie podróżami! 😊

– Adam! Czekaj! Ja nie umiem tak szybko biegać – jestem długodystansowcem!

– Dawaj! Bo odjedzie bez nas.

Zasapani wpadamy na dworzec Łódź Fabryczna, zastanawiając się jednocześnie, czemu właściwie biegł razem z nami ten czarnoskóry mężczyzna. WTF? Ludzi się czasem po prostu nie rozumie i tak było właśnie w tym przypadku.

Złapaliśmy szybki wdech i rozejrzeliśmy się dookoła. Stoi, dygoce, trzęsie się od warkotu silnika -czerwony autobus. Pomyśleć, że właściwie wycieczka do Pragi była nieplanowana. Ale jak oprzeć się promocji biletów po złotówce? Oczywiście, że się nie da! Tak było i w naszym przypadku.

Jarząbkowe zwiedzanie

– Naprawdę nie lubię ludzi. Naprawdę nie lubię ludzi.

Jedno z nas ciągle powtarzało to sobie w głowie. Bo jak można lubić ludzi, którzy chodzą tymi praskimi uliczkami i w dupie mają to, że wszystko co znajduje się wokół nich jest do podziwiania. A oni zachowują się jak stado baranów. Ba! Nawet barany potrafią po sobie zostawić lepszy porządek. Smutne, naprawdę smutne.

W takich chwilach chyba najlepiej sobie wyobrazić, że spaceruje się samemu. Najlepiej zmusić mózg do wypaczania rzeczywistości. I my musieliśmy tak zrobić, bo po prostu nie dało się inaczej.

Krzątaliśmy się po centrum bez większego celu. Chodziliśmy, fotografowaliśmy i obserwowaliśmy.

– No ładne to centrum, prawda Adam?

– No ładne.

Obyło się bez większych zachwytów. Krótkie podsumowanie całkowicie wystarczyło. Było kolorowo, było kamieniście, było zabytkowo i bardzo słonecznie. Przeszliśmy się na spokojnie uliczkami Starego Miasta i zaczęliśmy kierować się w stronę mostu Karola.

Słońce dało nam już nieźle popalić. Szkoda, że nie zabraliśmy ze sobą jakiegoś kremu do opalania. Kto mógł jednak przewidzieć, że w maju będzie tak ciepło? Na pewno nie polskie Jarząbki 😉

Po chwili, w całej swej okazałości pojawił się on, most Karola. Stoi majestatycznie łącząc ze sobą dwa brzegi rozdzielone przez Wełtawę. Tkwi brudny, przepełniony ludźmi z każdego regionu świata. Pomyśleć, że do zaprawy dodano białka jajek, aby wzmocnić jego konstrukcję – podobno.

Chyba też tutaj spotkaliśmy się z tak szczerym uśmiechem ulicznych grajków. Uśmiechali się do każdego – miłe uczucie. Takich rzeczy się nie zapomina.

Krótka sesja i ruszamy. Robimy krok do przodu i tłum się rozstępuje. Jesteśmy tylko my, most i rzeźby. Ciekawe, jak czuł się władca, patrząc na te wszystkie drobiazgowe posągi? Strach, podziw, obojętność? Trochę obawiamy się robić zdjęcia, bo nie wiadomo czy lico tych rzeźb, nie będzie nas później nawiedzać w nocy.

 

W takiej zadumie, razem, choć kilka kroków od siebie, spacerujemy środkiem. Dochodząc do drugiego brzegu zauważamy kolejnych ulicznych artystów, którzy doskonale przygotowali się do odgrywania swojej roli – żywych rzeźb. W kamienisty i nieco brudny klimat wpisują się rewelacyjnie.

Pieszo, już na nieco zmęczonych nogach, krzątamy się po Hradczanach. Chcemy dostać się do zamku królewskiego (według księgi rekordów Guinessa to największy zamek pod względem zajmowanej powierzchni na świecie) i zobaczyć Katedrę św. Wita. Jeszcze nie wiemy, że wrócimy tu ostatniego dnia, żeby porobić zdjęcia. Zawsze na koniec wyjazdu robimy kadry siedzącej Soni na ziemi. Później miło jest przeglądać album z tym samym człowiekiem, w tej samej pozycji, ale w różnych miejscach.

Szukaj i nie rezygnuj ze zwiedzania!

– Yyyyyyyy… – upominają się nasze żołądki.

Zaglądamy do pierwszej lepszej restauracji. Szybkie spojrzenie po sobie i tak samo szybki w tył zwrot.

– Lubię jeść, ale lubię jeść za dobre pieniądze – zapiszczała Sonia – 40 złotych za talerz to nieporozumienie!

– Yyyyyyyy… – żołądek Adama odpowiada tak, jakby nie przyjmował światopoglądu Soni do wiadomości.

Źli idziemy ruchliwą ulicą. Jakiś rozklekotany pojazd szynowy podjeżdża na przystanek. Naprędce rozeznajemy się w terenie. A po chwili pakujemy się do środka. Zamierzamy dostać się do Wyszehradu, licząc że właśnie tam będziemy mogli wczuć się w królewski charakter Pragi.

Wysiadamy. Wybieramy najkrótszą trasę, choć ciągle prowadzącą pod górkę. Z głodu rozglądamy się za czymkolwiek, co nadawałoby się do jedzenia. I nagle zbawienie! Zapach! Zapach nęci i kusi nasze nosy. Niespostrzeżenie staramy się zaglądać do talerzy ludzi, którzy już siedzą w knajpie. Sprawdzamy cennik. Krótkie spojrzenie po sobie, później na salę i już siedzimy przy stoliku.

Zamawiamy knedliki (obowiązkowo) i mięso z sosem.

– Ten sos jest tak zajebisty, że ani ja, ani nasze mamy nie potrafią czegoś takiego zrobić – mówi z pełną buzią Sonia.

– Niby głodny człowiek nie wybrzydza i wszystko mu smakuje, ale sosy w Czechach to kulinarna podróż dla każdego! I trzeba to będzie napisać na blogu – dodaje Adam.

Na królewskich włościach

Nasyceni podejmujemy się wchodzenia na praski Wyszehrad.

A niby zwiedzanie to nie jest dyscyplina sportowa, niby nie wymaga wysiłku – powie ten, co się zwiedzania nie podjął.

Wyszehrad majestatycznie, choć trochę ospale tkwi nad prawym brzegiem Wełtawy. Wszystko dookoła jakby zapadło w błogi sen, z którego trudno się obudzić. Brakuje kwiatów, brakuje intensywnych kolorów. Jest za to mnóstwo odcieni zieleni, brązu oraz szarości. Spacerujemy po ogrodzie i murach; podchodzimy do ogromnych rzeźb i szukamy oznak, że były one kiedyś rewitalizowane. Nic nie zauważamy.

Niedaleko znajduje się bazylika pod wezwaniem świętych Piotra i Pawła. Chcemy wejść do środka i… szybko rezygnujemy.

– Przecież to kościół! Jak wstęp do kościoła może być płatny? – znowu trajkocze Sonia.

Znajdujemy sobie inny obiekt do oglądania. Zaraz obok bazyliki znajduje się cmentarz. Nie był w planach, nie wiedzieliśmy, że takowy w ogóle tu istnieje, ale co jak co – cmentarzy nie pomijamy. Nie wiemy czy coś takiego jak „turystyka cmentarna” istnieje (choć podobno tak i są już jakieś opracowania naukowe!), ale my na pewno jesteśmy cmentarnymi turystami. 😊

– Ciekawe czy to ta zmarła kobieta? Ładna, prawda?

– Mam mówić prawdę, czy to co chcesz usłyszeć? – dowcipkuje Adam.

Szybki laser w oczach Soni. Wybuch i po Adamie zostają same podpalone, jeszcze dymiące się buty. Marzenia są piękne, ale najczęściej w takich przypadkach się nie spełniają. Tak było i tym razem.

Jedno jest pewne, oboje dawno nie widzieliśmy tak dopracowanych grobów, kapliczek i innych cudów. Ba! Dawno nie widzieliśmy cmentarza, który byłby w tak dobrym stanie. Bez zawalających się krzyży, ułamanych kamiennych bloków i uschłych kwiatów. Ciekawe czy tak samo było w XVIII wieku? Cały obraz cmentarny dopełnia bazylika, która spokojnie czuwa i dopatruje turystów.

Robi się ciemno. Patrzymy na zegarek. Postanawiamy wrócić na Stare Miasto i poobserwować, jak Praga tętni życiem w godzinach wieczornych. Powoli kończy się pierwszy dzień naszej nieplanowanej wycieczki.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz