Bangkok – multum ludzi, jedzenia i skwaru

Wyjazd do Tajlandii narodził się naprawdę dość spontanicznie. Jakieś dwa tygodnie wcześniej podjęliśmy decyzję, że jeszcze w tym roku bierzemy ślub. Zaczęliśmy więc szukać miejsc, do których moglibyśmy udać się w podróż.

Pamiętam, że w tym właśnie czasie napisał do mnie znajomy z podstawówki, z którym co jakiś czas wymieniałam się wiadomościami dotyczącymi tego, co dzieje się w Polsce. On z kolei opowiadał o Tajlandii. I nagle w mojej głowie zrodziła się myśl, oczy zalśniły, a palce wklepywały adres skyscanner.pl. Patrzę, promocja lotów liniami Qatar Airways.

Rozmawiam z Sebastianem, czy byłaby możliwość przenocowania nas w Bangkoku. Nie widzi przeszkód, zatem teraz wystarczy namówić Adama. Wystarczy…Phi! Wiedziałam, że będzie to trudne. Opowiedziałam, co znalazłam, jak wygląda kwestia noclegów, koszty lotów, jedzenia i miejsca warte zobaczenia, a Adam po prostu się zgodził. Nawet nie wiecie, w jakim szoku byłam! Żadnego sprowadzania mnie na Ziemię, marudzenia – nic! Tylko: OK, możemy jechać.

Półtora miesiąca później byliśmy już w Tajlandii. Lecieliśmy do Doha, a następnie przesiedliśmy się w samolot do Bangkoku. Pamiętam, jak po kilkunastu godzinach lotów Adam powiedział: Pierwszy raz męczyłem się w takich luksusach. Zatem linie polecamy 🙂

Wierzcie lub nie, ale Bangkok w pierwszej chwili może naprawdę przytłaczać. Mieliśmy to szczęście, że na lotnisku głównym czekała na nas Beaw, która później pomagała nam skosztować tutejszej kultury, jedzenia czy języka.

Ilość ludzi, wszechogarniający beton, samochody, samochody i skutery, a do tego gorąc. W pierwszej chwili pewnie tak zdefiniowalibyśmy to miasto. Na szczęście dzięki Sebastianowi i Beaw było nam nieco łatwiej zrozumieć świat, który nas otaczał.

Wielki Pałac Królewski

Część osób nie lubi tego miejsca, bo jest w nim ogrom turystów. I owszem jest, ale naszym zdaniem naprawdę warto wydać te 500 batów (THB) i powłóczyć się po tym kompleksie budynków, które służyły królowi, jako oficjalna rezydencja od XVIII do XX wieku.

Nasza przygoda? Z gorąca zrobiło mi się słabo, dlatego przycupnęłam na niedalekich schodkach. Siedzę i próbuję uspokoić oddech, a tu zza pomnika Buddy wyskakuje Chińczyk. Staje naprzeciwko mnie i robi zdjęcia. Poczułam się jak małpa w zoo 🙂

Chatuchak Market w Bangkoku

Mieliśmy szansę wybrać się na ogromny bazar. I uwierzcie jest przeogromny. Chodziliśmy po straganach dobre 3 godziny, a myślę, że nie zobaczyliśmy nawet połowy. A sam bazar czynny jest do wieczora… ale nie bójcie się. Jeśli nie zdążycie, obok znajduje się drugi, naprawdę spory rynek czynny w godzinach nocnych 🙂

Restauracje z grilem

Oczywiście polecamy Wam stołowanie się na ulicy. To jest absolutne must have, jeśli jedzie się do Tajlandii. Po pierwsze, jedzenie z ulicznych straganów jest tanie. Po drugie widzisz dokładnie co kupujesz i z jakiej jakości produktów tworzony jest Twój posiłek. Czemu? Bo tworzony jest na Twoich oczach.

Nam oprócz ulicznego jedzenia spodobały się również „restauracje z grillem”. Wydaje się 25 zł i je do momentu pęknięcia 🙂 Dostajemy do tego grill z żarem, garnek do gotowania zupy i tyle przysmaków ile chcemy. Od owoców morza, po mięsa, desery, owoce, grzyby, ryby i wieeeeele innych rzeczy. Naprawdę można umrzeć z przejedzenia.

Park Lumpini

Jeśli nie byliście nigdy w Nowym Jorku w Central Parku, ale właśnie wybieracie się do Bangkoku to koniecznie odwiedźcie Park Lumpini, który naszym zdaniem wzorowany jest właśnie na tym nowojorskim.

Nam przede wszystkim podobała się czystość, możliwość karmienia przerażająco wielkich ryb i… warany. Tak, tak – dobrze przeczytaliście. Nie zdziwcie się, jeśli obok Was przepłynie waran lub postanowi przespacerować się jakieś 5 metrów od miejsca, w którym aktualnie odpoczywacie. Nie bójcie się także! One mają w parku tyle pokarmu, że człowiek nie jest dla niego apetycznym kąskiem. Po prostu dajcie mu spokój i podziwiajcie! 🙂

Komunikacja

Koniecznie spróbujcie przejechać się tajską komunikacją miejską! Zacznijcie od autobusów. Dla rozgrzewki niech będą te nowoczesne, podobnych do europejskich. Później przesiądźcie się w autobusy z drewnianymi podłogami (nie muszę chyba mówić, że i tam znajdziecie Internet). Nie zapomnijcie także o BTSie, czyli nadziemnej kolei aglomeracyjnej. Możecie podziwiać całe miasto. A jeśli rozkład jazdy będzie dla Was zagwozdką i staniecie przed nim zdezorientowani nie zdziwcie się, że nagle podejdzie do Was Taj i zapyta, czy nie potrzebujecie pomocy. Ba! I nic za to nie będzie chciał! Tajowie to naprawdę mili i życzliwi ludzie.

A wiecie jak wygląda wsiadanie do autobusu na przystanku końcowo-początkowym? To istny wyścig. I nie ma zmiłuj! Staruszka? Precz! Mała dziewczynka? Precz! Liczysz się Ty i miejsce w autobusie. Ustępowanie miejsca? Kiedy Adam tak robił, Tajowie dziwnie się na niego patrzyli 🙂

BTW, nie zapomnijcie również o barce! Nią również możecie podróżować po Bangkoku.

Chińska dzielnica

Jeśli poszukujcie namiastki Chin to oczywiście znajdziecie ją również w Tajlandii w Bangkoku. My wybraliśmy się na zakupy do chińskiej dzielnicy. Aromat herbat czy przypraw jest naprawdę fenomenalny.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz